za życie. stan lękowy.

Nasza sunia Śliwka, żarłok, odkurzacz, leży brzuchem do góry na kanapie, z półprzymkniętymi ze szczęścia oczami.

- Zobacz, Śliwka leci na Marsa.
- Tak. na Twixa i Snickersa też.
****

radość. dom. choć tak naprawdę zupełnie mi nie do śmiechu. brat oficer jedzie na poligon. już drugi raz z tym roku. pod granicę. wiadomo którą.

ewolucja idzie teraz wstecz. to znaczy, że do tej pory wszechświat się rozwijał, a od pewnego czasu się kurczy.

obalam butelkę wina, oglądając programy o dizajnie. lubię to. wnętrza. kolor ścian. kuchnia, w której pachnie ziołami. dębowe blaty i białe meble. ale. wszystko może się skończyć w każdej chwili. atomem, hiperaktywnością słońca, ekspansywną kometą.

czasami cieszę się, że moja mama nie musi już w tym uczestniczyć. umarła w spokojnym świecie, przeżyła sześćdziesiąt dwa lata bez wojny. spędzała wakacje w stogach siana, na piaszczystych drogach, plażach pełnych bursztynu, na bezpiecznej jeździe autostopem. w starych jelczach, czystych jeziorach; zielonych, harcerskich namiotach i jeszcze zieleńszych lasach bez stosów śmieci. w czasach big beatu i jazzu, a nie elektronicznej chujni.

Mamut, jeśli patrzysz tam z góry i przysłałaś mi tego psa, który leci na Marsa; błagam, zabierz ode mnie ten lęk i daj mi wypić za życie, ponieważ nie wiadomo co przyniesie lub zabierze Jutro’; ale tak długo jak tu jestem, chcę w tym uczestniczyć, bez skarg i żalu.. i niech wszystkie burze się wypogodzą… i właśnie skończyła mi się butelka.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

schyłkiem lata malowane

wracamy z wakacji, nagle pstryk i już jesień.

pan, który pod naszą nieobecność miał malować mieszkanie, pomalował trawnik i winorośl. nie tyle w bonusie, ile zamiast. ot, drobna krzywizna w interpretacji wzajemnych oczekiwań. wydaje mi się, że coś mu się rozlało podczas rozlewania piwa. zatem – drugą część urlopu spędzamy na drabinie. w miejsce pyłów polnych dróg, pył z sufitu.

podczas pierwszego tygodnia urlopu pojawia się news na brytyjskich portalach, że firma, w której pracuję, została sprzedana. czyli, jak często bywa: jeśli za bardzo się ociągamy ze zmianami, wszechświat decyduje za nas. siedem lat, cykl Saturna.

a za oknem – pstryk i jesień. czuję ją w nozdrzach, na skórze i w sercu. skrada się jak co roku, wołając do miejskich ulic i wyprostowanych dumnie latarni w aureolach mgły. tutaj, na wsi, już po żniwach. brzozowa mniejszość, obok ciągle zielonych sosen i modrzewi, przyodziewa żółte woale. zbieram aronię i gotuję dżem. jabłonka przed domem ugina się pod ciężarem plonu. rozpływam się w ciszy a jednocześnie czuję niespokojne nawoływanie miasta. rozdarcie między Łodzią a wsią wzmaga jeszcze leżąca na kuchennym stole książka – niedawno wydana pozycja PWN autorstwa Remka: Ślepy Maks – historia łódzkiego Al Capone.  Jestem Bałucka od pokoleń. Karolewsko Retkińska od dzieciństwa. Podobnie jak Zofiówkowo Stanisławsko Rydzynkowo Bądzyńska, bo tu przyjeżdżaliśmy latem, bo stąd zdjęcia z dzieciństwa mamy i powieści o tym, jak dziadek za okupacji szmuglował żywność, pokonujac te dwadzieścia parę kilometrów do Łodzi piechotą. Historie, które stały się mną i ja jestem nimi. Owiane pamięcią o Wilnie, partyzantce i oddziałach AK, w których zginęli wujkowie; o Złotym Potoku, Gidlach i karczmie w Cykarzewie, którą władała prababcia.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

realizm magiczny

W domu szykuje się malowanie. Z malowaniem wiąże się odsunięcie szafy. Z odsunięciem szafy wiąże się prawdopodobieństwo jej odejścia w niebyt.

- Kupimy nową jak się rozleci.
- Dobra, ale taką jak mieliśmy w Łodzi. Taką samą. Uwielbiałam ją i teraz marzę o takiej samej. Naprawdę marzę. A Ty? Też marzysz o takiej szafie?
- Ja marzę o tobie.
- ???
- O Tobie. W szafie. Zamkniętej i dźwiękoszczelnej.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

pokrętne przemiany

Powrót do blogowej aktywności nie jest łatwy. Minęło sporo czasu, centrum dzielenia się myślą i nie-myślą znajduje się głównie na facebooku. I właśnie tam znajduję tę wiadomość:

„Tak mnie jakoś tchnęło, żeby na twojego bloga znowu zajrzeć, po długiej przerwie; i widzę nowy wpis! Tam jest jakaś magia, która przyciąga od wielu lat. To jest chyba jedyny blog, do którego wracam. Trochę jak książka już, bardzo żywa i nie pozowana. Dużo nowych wątków, ale wrażenie cały czas niesamowite. Twoje pisanie dotyka jakieś głębokiej przestrzeni mojej duszy, pewno nie tylko mojej. To jest duży dar i magiczna energia, która, choć czasem przesycona bólem istnienia, przyciąga ciepłem i prawdą. Brak ściemy to ostatnio towar deficytowy. Będę śledził.  Pozdrowienia i dużo pozytywnych wibracji.”

I znowu się chce coś napisać.

Dziękuję.

—————————–

Kilka tygodni temu kolega z podstawówki kupił, niedaleko nas, rozpadającą się, drewnianą chatę. Trochę jak dom Majki i Wojtka w górach w wersji mini. Szał i tempo remontu, godne olimpijskiego złota, zrobiły swoje – i dziś Dyź i Sylwia mieszkają tu na stałe. A w niedzielę, bez zapowiedzi, spotykamy w ich ogrodzie Rogala z Gośką;

wiem, że tylko garstka, która jest splątana z nami warkoczem losów od prawie trzydziestu, dwudziestu lat, jest w stanie zrozumieć tę notkę. Dumbo, Majka, Dorotka, Tammy, Misiu, głównie do Was to piszę; choć już tu nie zaglądacie: to tak, jakbym zatoczyła koło.

Jechaliśmy dziś rowerami ‚moją’ ścieżką w  środku pola. Z mordami radosnymi tak, jak kiedyś, podczas ba-lansu między stolikami w Partesie.  Pijani powietrzem. Teraz siedzę na tarasie, stukam na lapie notkę, a w tle gadają świerszcze. Noc jest obłędnie ciepła, tak sielska jak siedem lat temu, w Chicago na Magnolii. Wtedy wiedziałam, że trzeba będzie zapłacić za ten odpoczynek. Dziś też wiem, bo przemiana prawem życia. Tylko teraz inna to będzie zapłata, bo i etap rozwoju inny. I dlatego z niepokojem patrzę na newsy w telewizji. Mamy (jeszcze) (ciągle) cholernie dużo szczęścia.

W drewnianej skrzyni w domu, obok albumów ze zdjęciami leży stary, dziecięcy pamiętnik. Na trzeciej stronie siedmioletni Dyź napisał mi wierszyk, w którym rym rozsnuwa się od zdania:

..i chociaż niedługo na zawsze rozdzieli nas los..

no to nas rozdzielił, cholera. I jeszcze rower mu trzeba było dziś pożyczyć!

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

rodacy w pracy

- drogi panie, czy wreszcie pan do mnie przyjedzie?
- tak panie prezesie, jestem w drodze. – (od miesiąca).
- no dobrze, tylko jutro mnie nie ma.
- no cóż, panie prezesie, ja generalnie nie chciałbym pana absorbować.
- to akurat widzę.

——————–

- biedna, tak leje.. a dokąd jedziesz?
- Na Teofilów
- przykro mi, ja jadę w zupełnie w innym kierunku. a przy okazji – tam na Teofilowie jakąś drogę wam nową zorganizowali?
- tak. drogę przez mękę.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

zbożnie

blog.pl dopomina się o wpis. przypominacz przychodzi na maila: ‚brakuje nam twoich notek’

proporcje sa odwrócone. kiedyś więcej osób, mniej techniki. kiedyś na notkę czekali żywi ludzie; dziś – cyfrowy sztab ds marketingu .

ale kiedyś, ogólnie, byłam bardziej towarzyska.

*

niedaleko domu jest pole i klimat jak ze zdjęcia powyżej.

wieczorem, kiedy miejskie chodniki oddają żar niczym spuchnięte płuca pieca, u nas chłód pełza po skórze i orzeźwia zmęczone dniem ciało. od lasu przychodzi zapach sosen, od stawów stęchlizna mokradeł; ciszę podbija trel ptaków i dysputy żab.

droga na cmentarz do mamy przechodzi w wąską ścieżkę, rozcina na pół żółtoszary, ziarnisty dywan. pędzę rowerem i wdycham świeżość zboża, przytrzymuję ją w płucach na dłużej, jakbym chciała ukryć ostatni, niezalany jeszcze asfaltem, kłos żyta.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

czerwiec miesiącem doskonałym

pierwszy raz od bardzo dawna. ale tak. mam wielką ochotę coś napisać. miałam odezwać się jesienią, dziesięć lat od chwili, kiedy ten blog wypiętrzył się z magmy, stworzonej by wybuchać. ale piszę już teraz. taki dzień.

kiedy blog.pl zabrał mi layout, grafikę, która była jak skóra, nie czułam z tą stroną jedności. nie było oprawy, więc wulkaniczny pył rozproszył się w ulice, pola, zakamarki; szpitalne korytarze i kąty w mieszkaniu na Retkini.

Później umarła Mama. Odchodziła, trzymając mnie za rękę; chociaż w tej ostatniej chwili biegłam po lekarza, po nadzieję, cokolwiek, co mogłoby okroić bezmiar przerażenia.  I nie było mnie tam, przy szpitalnym łóżku. Jej ostatni wzrok, potworny i okrągły jak zdumienie, że to już , dopadł mnie w drzwiach do sali. Ona zastygła a ja wybiegłam; i biegłam dalej, jakby korytarz miał miliony metrów, biegłam przez wszystkie lata i dni, przez najdroższe chwile i najciemniejsze gardziele zwątpień, przez śmiech i kłótnie, zasypane śniegiem ulice PRLu i wiosenne parki pełne wianków.

Pozostał dom w lesie i mnóstwo urzędowych spraw.

Minęło szesnaście miesięcy i dwadzieścia dni i dziś wchodzę w edytor tekstu, by napisać, że las za oknem pachnie wilgocią jak podczas najpiękniejszych wakacji w osiemdziesiątym ósmym, kiedy mama była młodsza niż ja teraz, i piła browar z muzykami Squaw i Klatu a oni uczyli mnie grać na gitarze.

Czas staje się zabawką podrzucaną do góry niczym ringo. stuk i jedna data, stuk i druga. dwadzieścia lat wstecz, dziesięć  do przodu. siedzę przy stole w kuchni, po ogrodzie biegają psy.  kot Ogórek śpi na parapecie,  w drewnianej skrzyni śpią stare zdjęcia. jestem zmęczona pracą i tym,  że nieczęsto piszę. jestem szczęśliwa wsią, w której stoi mój (już mój, po spłaceniu części siostry) dom; dom, który zbudowała Mama. Po jednej stronie jest las, po drugiej pole; po jednej nowoczesna letniskowa zabudowa, po drugiej stadnina koni i kilka gospodarstw .

Jestem szczęśliwa, że nie jestem tu sama, jestem szczęśliwa, że się nie poddaliśmy, w wirze powrotów i rozstań, awantur godnych włoskiej rodziny.

Jestem szczęśliwa, że wszystko ma miejsce i czas i że ciągle jest nadzieja na przyszłość, w którą zmieni się to, co jest teraz.

Chciałabym nie przespać reszty życia.

 

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarzy

kręgi

Po siedmiu tygodniach od operacji stopy jeżdżę na rowerze. Droga do pracy przez ciężkie od zieleni parki, jak zwykle cudowna. Wilgotny chłód owiewa ramiona i łydki, jeszcze nie całkiem ustępuje promieniom, które rozkwitną dopiero za chwilę, by dać się stłumić w południe deszczowym kłębowiskom.

Lipiec, tornada, wizje końca świata. Galopujący internet, smartfony w kieszeniach, lunch passy od firmy, życzenia urodzinowe na facebooku. Chce mi się lasu, namiotu i spokoju. Lato nastaje po zimie albo przed, zależy jak spojrzeć. Po okresie zabawy etap ciężkiej pracy.

W moje urodziny przylatuje Estera, po jedenastu latach poza Polską. Wraca na stałe, więc wcześniej pakuje sto czterdzieści pudełek; zabiera z Florydy prochy mamy, bierze za ręce dwójkę dzieci. Jedziemy z Dumbo na Radogoszcz, odnajdujemy blok w którym kiedyś mieszkała. Tuż  obok, z balkonu, macha do nas Tammy; ona też wróciła do Łodzi, po kilku latach na Śląsku.
- Z tego miasta nie da się uciec – mówi Andrzejek dzień później, kiedy siedzimy wszyscy razem w Cafe Wolność.

Zataczamy kręgi i wracamy. Do miejsc i zdarzeń, do ludzi, których jeszcze cokolwiek obchodzi. Chwytamy się pamięci jak poręczy, która podtrzyma przed upadkiem. Dobrze wiedzieć, że ktoś tam jest. Dobrze jest zdążyć. Pomimo odległości, czasu, hibernacji.

,Nie piszesz bloga’ mówi Andrzejek. ‚No właśnie, Fru, nie piszesz’ mówi Estera. Niedługo poźniej prostuję ich w kwestii dat, bo ja bardzo dokładnie pamiętam, kiedy było to, czy tamto. To żywe kalendarium w głowie, no właśnie, funkcjonuje dzięki notkom. I chociaż już było o rowerze (27 lipca 2006, 19 maja 2011, ostatni akapit), o yang yin , przemianie, która prawem życia, smakach i zapachach w powietrzu, skrobię. Chociaż zastąpiłam dawną otwartość domową intymnością. Chociaż w miejsce spontanicznego, zwariowanego i naiwnego dawania głosu wpisała się zadumana dojrzałość.


Aha, Rolling Stone podobno znów się otwiera. Wkrótce. Umarł król niech żyje król.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Robinsony

Rzadko piszę, ale.. zamknęła się pewna epoka. Piętnaście i pół roku ‘The Rolling Stone Engish Pub’ na Moniuszki 6.

Uwielbiałam patrzeć na ogródek przez oszklone drzwi. Uwielbiałam pić kawę przy drewnianym stole albo barze.

Jesteśmy dinozaurami, mówi do mnie koleżanka,  świat się zmienia i my też już jesteśmy inni; te nasze klimaty też już są historią, niestety.

Mija życie, moje jedno życie, pisał kiedyś w wierszu Krzysztof P. który kupował u nas w barze dużego Żywca. Później siadał przy stoliku a na krześle obok kładł rozprostowane nogi w ciężkich butach, odpowiednich bardziej do górskich wędrówek niż lokalnego deptaku.

- W jakich jednostkach mierzy się samotność? – zapytałam Somsiada z Lewa, nie spuszczając z oka ‘Pana od Żywca’
- W Robinsonach – odrzekł zachwycony swoją inwencją Somsiad.

Pan od Żywca przeniósł Somsiada, Dorro i mnie z Rolling Stone do Wyborczej. Te kilka lat tam i w Rolling, plus kilka lat później tworzą jakąś nieprawdopodobnie szeroką i rwącą rzekę czasu; kilkanaście lat plus tysiące migawek, emocji, dni. Mija życie, nasze jedno życie.

Zoperowano mi stopę i teraz jeszcze mniej stoję obiema stopami na ziemi. Mój status materialny umocniono dwiema platynowymi śrubkami w kości, co stanowi groteskowy symbol całego wewnętrznego bogactwa, które, choć obecne, nieprzeliczalne na chleb.

Koniec świata ma być w grudniu, choć nastąpił już dawno.

Oddycham, choć stężenie dwutlenku węgla przekroczyło dopuszczalne normy (po raz pierwszy w historii świata, choć naukowcy są skłonni przyznać, że to jedynie psychologiczna granica).

Ciągle jestem, choć odchodzą ludzie, choć notki na blogu nie erodują jak ongiś. Żyję, choć te żywotne drgania to krztuszenie się radością w przerwach między odchodzeniem w chuj.

jest późno lub wcześnie
wszystko jedno gdy czas
mierzymy w Robinsonach

wstanę za chwilę
bo sen znów jest chwilą
i będzie mi przyjemnie
jeśli usnę zanim wstanę
bo z reguły śpię znacznie później

[...]

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

jezioro

„Gdybyś wiedziała, jak dawniej było cudownie” – mówi Danuta Szaflarska
w ‘Pora Umierać’ do swojego psa – „lata były bardziej gorące, a zimy mroźne,
śnieżne, piękniejsze. A pieski były mądrzejsze..”

Czasami łapię się na tym, że tak rozmawiam z Ogórkiem. Tak,
jakbym ciągle nie umiała żyć teraz i tutaj, a każda chwila w sekundzie
przemijania zyskiwała na wartości i stawała się cenniejsza z upływem kolejnych.

Jezioro rozlewa się po moich rękach zapachem rumianku i
lawendy.  Bo kupiłam mydło w płynie jadąc
półtora roku temu nad jezioro. Dziś zapach tamtego jeziora i zapach tego mydła
to jedno i to samo.

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy