rock’n'roll, moja miłość

- przepraszam, pani też czeka w kolejce?
- niestety tak – odpowiadam, przesuwając nogę na lewą stronę umywalki. Kibel w Iron Horse mieści zaledwie trzy osoby.
- proszę mi powiedzieć, jak to jest, kiedy kończy się coś ważnego i kiedy miłość nie jest już miłością, a przed chwilą nią była i kiedy zupełnie się nie wie, co dalej? Bo ja teraz właśnie mam taki moment? Co wtedy trzeba robić? Czy będzie jeszcze dobrze?

Skonsternowana patrzę na niewinną buzię nastoletniej dziewczyny i w jednej chwili serce kurczy się i wybucha zdziwieniem, a potem żalem, empatią i niepohamowaną wesołością. Echa dwóch dekad jak szelest skrzydeł. I coś jakby lustro w poprzek wychodka.

- miłość zawsze będzie miłością, bo jest już w Tobie. Patrzysz na nią później z dystansem i wiesz, że dzięki niej stałaś się tym, czym jesteś. Poza tym, na pewno, jak kończy się jedno, z pewnością zacznie się Nowe. I na to należy patrzeć z ciekawością. I z obietnicą, choć z pewnością jest ciężko.

I gdzie są wszystkie te lata?

Poszłam do Horsa na koncert. Głównie dlatego, że grał tam Adaś. A nie widziałam jak gra od osiemdziesiątego ósmego. To wtedy uczył mnie trzymać gitarę. Nie przesadzę pisząc, że tamto spotkanie przesądziło o wszystkim. Miałam dwanaście lat i objawiono mi rock’n'rolla. W brzmieniu pod gwiazdami wykiełkowała Tożsamość. Jaśniała kolorytem wakacji i wiła wśród rozstawionych namiotów; syciła obrazem ludzi o potarganych włosach i podartych portkach; na tle upadającego systemu i punkowych idei. W świecie, w którym nie wolno było mówić o Zomo, ale wolno było pić piwo na ulicy.

Nie ma środków wyrazu, by uświadomić ważność tego czasu komuś, kto robi dziś karierę w korpo, nosi różowe szpilki i napierdala nadgodziny. Przepraszam Was, moje koleżanki.

Tak czy inaczej, poszłam do Irona. I jak relikt tamtego czasu zachowany wbrew logice i wytrzymałości – od progu owiał mnie dym. To chyba ostatnie miejsce w Łodzi, gdzie palenie przy barze nie jest zabronione. I to właśnie ten smród, to bezsprzeczne okropieństwo, które jak wirus wgryza się we włosy i w ubranie i ciągnie za człowiekiem do domu – on sprawił najwiekszą radość. Bo był jak wehikuł czasu.

Ponadto – wiekowe rozwarstwienie. Przy stolikach albo dzieciaki, albo weterani. Środka brak. Czyli, albo Ci, co jeszcze pamiętają, albo Ci, którzy z jakiś tajemniczych powodów wyrywają się pulsującej masie dyskotek i kolorowych wystaw. Są jak pojedyncze pestki, w misce wypełnej żelkami albo cukrową pianką. Taki ślad życia w syropie płynącym od Placu Wolności po trasę WuZet.

Miasto od którego uciekłam do lasu; miasto którym oddychałam. Jest jeszcze, tli się gdzieniegdzie. Na przykład w Horsowych popielniczkach.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „rock’n'roll, moja miłość

  1. ~dominika pisze:

    Pieknie piszesz!

  2. ~cymon ancy-mon pisze:

    Tajm flajs………:-*

  3. ~maszka pisze:

    Nostalgią mi tu powiało. Tu, znaczy na Cluain Dara. Bo też jakby poczułam zapach tamtych lat. Przy stoliku byłabym zdecydowanie weteranem ;-)
    Ściskam i łączę się wspominkowo <3

  4. ~D. pisze:

    Ilez godzin ja tam przegrywalam w gwozdzia :) Musze cie zobaczyc kochana moja bo to juz zdecydowanie za dlugo…

  5. ~karol pisze:

    I mnie się serce ścisnęło i do irona chce wyrwać. ile to lat od ostatnich mimowolnych pogawędek w ciasnym kiblu, i pomyśleć, że teraźniejszość aktualna była wówczas absolutnie nie do wyobrażenia… jedno życie sporo jednak pomieści, i to różności.

  6. ~mm pisze:

    Kubełek z pestkami się rozsypał, sporo ich znam, sporo ich jeszcze jest… :))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>