Mamut i inna epoka

Dzień matki, którego jestem adresatem. Drugi taki. Mój syn nie ma jeszcze dwóch lat, dziś rano przytula się mocno i wypowiada więcej niż pojedyncze słowo; słyszę znienacka: ‚mamusia moja’. Taki oto prezent.

Podczas jego drzemki sycę się ostatnimi dniami urlopu, jest piękne popołudnie, świeża zieleń na krzewach, śpiew ptaków zakłócony co jakiś czas brzęczeniem muchy, niczym trzydzieści lat temu, kiedy leżałam w tym miejscu na kocu w trawie i słuchałam tych powtarzalnych, niepowtarzalnych symfonii. Mama kręciła kogel mogel, obierała nowalijkowe pomidory albo myła pierwsze truskawki. Dzisiaj mamy wszystko, poza tym jedynym, pierwszym po zimie smakiem , którego główną nutą była tęsknota. Ubijałyśmy masło z mleka przywożonego z zagrody na końcu szutrowej drogi. Robiłyśmy leniwe. Byłyśmy leniwe. Tym cudownym lenistwem bez wyścigu szczurów i technologii.

Później brałam pod pachę gitarę i przemierzałam osiedle na północy Łodzi, wkładałam uszyte przez nią kiecki, jeździłam na wypady gdzie królował blues i ona sama, gdzie moi znajomi byli jej znajomymi a jej moimi i tak jest do dzisiaj, chociaż jej już nie ma. Już ponad cztery lata a telefoniczna linia informacyjna ciągle otwarta. Ona odeszła, oni są, opowiadają o swoich wnukach, pytają o mojego syna, którego ona nie poznała a który uczył się chodzić w miejscu gdzie ja uczyłam się chodzić po drzewach.

Brakuje Cię Mamucie.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

znośnie :)

- Ojej, niech się Pani ubierze! – słyszę, kiedy opuszczam lokal i staję na dworze z kurtką w ręku. – Zimno jest bardzo!

 Oto grupka uczestników wieczoru kawalerskiego ze stolika obok, w przypływie poalkoholowej troskliwości.
- Spoko chłopaki. Mieszkam w lesie, wychodzę w majtkach rąbać drewno, przynoszę węgiel z węglarki..
- Uuu, no to my pojedziemy z panią! Kolega znosi drewno, ja znoszę węgiel!
- Tak, tak..  A mój mąż nie znosi nikogo.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

pstryknij na raz, dziesięć lat wstecz

Mały śpi na górze, R. wraca z Bydgoszczy A jedynką, testując nowy odcinek Stryków – Tuszyn. Dziesięć lat temu o tej porze, ósmego lipca, na stacji metra, downtown, Chicago: przepuszczam kilka pociągów, by dłużej słuchać gościa, który mruczy chodnikowy soul niczym laureat Grammy, A. leci do Montrealu.

Dziś, tereny wiejskie gminy Tuszyn, drzwi tarasowe z widokiem na las, szeroko otwarte. Wieczór spływa na powieki, niestrudzone cykady z jednej, utyskujący chrzęst pralki do prania z drugiej, czasami jakiś wzburzony ptasi skrzek. Coraz gęstsza zieleń, głębsza szarość, tężejąca krew wokół pancerza, w jaki obrosły słowa.  Czytam notki sprzed lat, w międzyczasie przypalam marchewkę, ciszę co jakiś czas przegryza szczekanie Większego Psa.. Boli, przeraża i zdumiewa ten Czas, który przebiegł obok i przeze mnie, jak Biały Królik z Alicji. Dziesięć lat temu pisałam o tym, co było siedem lat wcześniej, więc od teraz to już wstecz siedemnaście. Życie mija jak sen, mówiła babcia, ale nie byłam jeszcze zdolna poczuć tej pustki  palców muśniętych zaledwie fakturą chwil. umarła prawie osiem lat temu. mama umarła trzy i pół. we mnie nie umarło nic, poza większością tamtej mnie, ale urodził się Bartek, więc wszystko jest na plus.  W nowym aucie nowa płyta Hey, bo nowy hej, że hej: ‚pstryknij na raz, potrzyj palce dwa, tyle to trwa, tyle życia masz..’

przede mną trzy ostatnie dni przed czterdziestką. wszystko przyspiesza zamiast zwalniać. każdy dzień, każdy ruch, obraz i słowo, jak talia kart, nieustannie tasowanych na fejsbuku.

Kiedy karty uniosą się w górę i opadną na Alicję, czy ona się na pewno obudzi?


http://outofwords.blog.pl/2006/07/08/fortuna-metrem-sie-toczy/

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

na drugim biegunie

taki dzień, pierwszy po zimie, że las i ogród zalany falą słońca. tego się nie da pomylić z niczym innym: wiosna. oddycham budzącym się życiem, wystawiam twarz na kojące ciepło. i pierwszy, tak lekki, uśmiech, odklejający się od wiecznej zmarzliny, ostrych krawędzi lodu, śnieżnych hałd o kształtach znaków zapytania.

trzy miesiące pytań o to, jak będzie. najkrótsze dni w roku z mocnym nowiem w Koziorożcu. lęk w ciemności. i teraz, nagle, ukołysanie niepokoju, radość z zapachu powietrza, zaprowadzonych porządków, zamiecionego tarasu. bo może będzie dobrze; bo tak miało być.

kiedy w październiku przeglądałam swoje tranzyty i progresje, wśród wszystkich spójnych elementów dominował jeden wniosek: zmiana niemalże karmiczna, tak wielka, jak podróż do Omanu dziewiętnaście lat temu. Zmiana co osiemnaście lat, kreślona cyklem Księżycowych Węzłów, progresją osi ze znaku do znaku. nie wiedziałam tylko dokładnie Co, bo choćby świetnie znać astrologię, to w odniesieniu do siebie samego nie można zobaczyć spraw, które miały dla nas pozostać ukryte..

rzuciłam korporację i podpisałam umowę w nowym miejscu. w listopadzie – okresie przejściowym – pracowałam w dwóch firmach naraz, kończąc i zaczynając, sto siedemdziesiąt procent etatu w sumie. zmęczenie i stres górowały, aż w grudniu padłam na kolana. myślałam, że jestem chora, wyekslopatowana do cna, że coś jest bardzo nie tak. ale to był, po prostu, pierwszy trymestr ciąży.

zimowe dni naznaczył zatem szok (bo przecież podobno nie mogłam), przerażenie (bo nie mam już dwudziestu lat), świadomość bezrobocia (bo okres próbny w nowej pracy nie został w tych warunkach przedłużony), nieuchronność zmian (bo przecież poukładałam już życie w stronę bezdzietności). strach, ciężar, później ciekawość i pokora wobec zdarzeń. i na szczęście – olbrzymie wsparcie, jakie dostałam od  Nie Męża i przyjaciółek – tych dzietnych i bezdzietnych. aż wreszcie, z promieniami wiosennego słońca – nadzieja i radość.

jest teraz taki czas, że ostrzał w głowie i państwach ościennych. zagrożenie na różnych frontach; konieczność przekraczania granic w razie czego.

trzeba żyć tak, by żyć; i mimo niepewności czuć szczęście.

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

góra

ociągam się z pójściem spać, bo facebook, bo notka, bo czat z Maszką, bo do sypialni trzeba po schodach a ja wino wypiłam; więc Konkubent ostantacyjnie wstaje i mówi:

- do zboczenia na górze.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

rock’n'roll, moja miłość

- przepraszam, pani też czeka w kolejce?
- niestety tak – odpowiadam, przesuwając nogę na lewą stronę umywalki. Kibel w Iron Horse mieści zaledwie trzy osoby.
- proszę mi powiedzieć, jak to jest, kiedy kończy się coś ważnego i kiedy miłość nie jest już miłością, a przed chwilą nią była i kiedy zupełnie się nie wie, co dalej? Bo ja teraz właśnie mam taki moment? Co wtedy trzeba robić? Czy będzie jeszcze dobrze?

Skonsternowana patrzę na niewinną buzię nastoletniej dziewczyny i w jednej chwili serce kurczy się i wybucha zdziwieniem, a potem żalem, empatią i niepohamowaną wesołością. Echa dwóch dekad jak szelest skrzydeł. I coś jakby lustro w poprzek wychodka.

- miłość zawsze będzie miłością, bo jest już w Tobie. Patrzysz na nią później z dystansem i wiesz, że dzięki niej stałaś się tym, czym jesteś. Poza tym, na pewno, jak kończy się jedno, z pewnością zacznie się Nowe. I na to należy patrzeć z ciekawością. I z obietnicą, choć z pewnością jest ciężko.

I gdzie są wszystkie te lata?

Poszłam do Horsa na koncert. Głównie dlatego, że grał tam Adaś. A nie widziałam jak gra od osiemdziesiątego ósmego. To wtedy uczył mnie trzymać gitarę. Nie przesadzę pisząc, że tamto spotkanie przesądziło o wszystkim. Miałam dwanaście lat i objawiono mi rock’n'rolla. W brzmieniu pod gwiazdami wykiełkowała Tożsamość. Jaśniała kolorytem wakacji i wiła wśród rozstawionych namiotów; syciła obrazem ludzi o potarganych włosach i podartych portkach; na tle upadającego systemu i punkowych idei. W świecie, w którym nie wolno było mówić o Zomo, ale wolno było pić piwo na ulicy.

Nie ma środków wyrazu, by uświadomić ważność tego czasu komuś, kto robi dziś karierę w korpo, nosi różowe szpilki i napierdala nadgodziny. Przepraszam Was, moje koleżanki.

Tak czy inaczej, poszłam do Irona. I jak relikt tamtego czasu zachowany wbrew logice i wytrzymałości – od progu owiał mnie dym. To chyba ostatnie miejsce w Łodzi, gdzie palenie przy barze nie jest zabronione. I to właśnie ten smród, to bezsprzeczne okropieństwo, które jak wirus wgryza się we włosy i w ubranie i ciągnie za człowiekiem do domu – on sprawił najwiekszą radość. Bo był jak wehikuł czasu.

Ponadto – wiekowe rozwarstwienie. Przy stolikach albo dzieciaki, albo weterani. Środka brak. Czyli, albo Ci, co jeszcze pamiętają, albo Ci, którzy z jakiś tajemniczych powodów wyrywają się pulsującej masie dyskotek i kolorowych wystaw. Są jak pojedyncze pestki, w misce wypełnej żelkami albo cukrową pianką. Taki ślad życia w syropie płynącym od Placu Wolności po trasę WuZet.

Miasto od którego uciekłam do lasu; miasto którym oddychałam. Jest jeszcze, tli się gdzieniegdzie. Na przykład w Horsowych popielniczkach.

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

out of words, out of date

coraz częściej próba artykulacji wydaje się nieudana już przed startem. ładne słowa leżą poskręcane w jelitach, przyklejone do ścian; nie dają się strawić i nie da się ich wyrzygać. mam wrażenie, że trwa to od lat i żaden cholerny koncern nie wynalazł na to tabletki.a ja bym chciała ładnie, tak jaki kiedyś, malować słowem i nadając blask temu, co i tak piękne samo w sobie.

no ale. jak ładnie pisać o skojarzeniu, które w środku dnia odciąga od pracy. o tym chwilowym niesmaku gdy perspektywa open space ponad krawędzią monitora wydaje się mdłą masą, lekko poruszajacym się kopcem mrówek albo robaczywym kształtem gówna wielkiego zwierza. jak mówić ładnie o tym, że wrażenie po sekundzie znika, by znowu ustąpić miejsca obojętności, czyli temu, co w tej sytuacji najlepsze i doskonale wpisane w finansowy gwarant codziennej stabilizacji.

już mnie nie rusza, że nie śpiewam. ani to, że jestem korporacyjna. ani to, że na nic nie mam czasu. ani to, że wokół tyle, tyle nijakości. nie rusza mnie to -  na zewnątrz, ale w tych czasach przecież chodzi o to, co na zewnątrz, prawda?

jednak, raz na jakiś czas organizm sobie radzi z niestrawnością. i wtedy pluję jadem i kąsam agresją. i znowu chcę iść pod prąd prosto w objęcia kłopotów.

totalnie romantyczny anachronizm.

nie dość, że out of words to jeszcze out of date
 
Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

ogłoszenie

Na tablicy ogłoszeń u szwagra w korporacji pewien ktoś zawiesił kartkę:

Uwaga! W dniach takich i takich przebywam na urlopie.

Po tekście następował podpis a po podpisie dopisek innym charakterem pisma:
Proszę jeszcze dopisać, w jakich miastach mamy uważać.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

nierozpoznany talent

‘Napoleon  prowadził walki z Bonaparte’

- napisał chłopak Karoliny w teście z historii powszechnej lata temu.  Następnie   test ten wisiał w szkolnej gablocie, ku przestrodze innych dzieci.

I właśnie w ten sposób autor nie skończył  filozofii.

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

za życie. stan lękowy.

Nasza sunia Śliwka, żarłok, odkurzacz, leży brzuchem do góry na kanapie, z półprzymkniętymi ze szczęścia oczami.

- Zobacz, Śliwka leci na Marsa.
- Tak. na Twixa i Snickersa też.
****

radość. dom. choć tak naprawdę zupełnie mi nie do śmiechu. brat oficer jedzie na poligon. już drugi raz z tym roku. pod granicę. wiadomo którą.

ewolucja idzie teraz wstecz. to znaczy, że do tej pory wszechświat się rozwijał, a od pewnego czasu się kurczy.

obalam butelkę wina, oglądając programy o dizajnie. lubię to. wnętrza. kolor ścian. kuchnia, w której pachnie ziołami. dębowe blaty i białe meble. ale. wszystko może się skończyć w każdej chwili. atomem, hiperaktywnością słońca, ekspansywną kometą.

czasami cieszę się, że moja mama nie musi już w tym uczestniczyć. umarła w spokojnym świecie, przeżyła sześćdziesiąt dwa lata bez wojny. spędzała wakacje w stogach siana, na piaszczystych drogach, plażach pełnych bursztynu, na bezpiecznej jeździe autostopem. w starych jelczach, czystych jeziorach; zielonych, harcerskich namiotach i jeszcze zieleńszych lasach bez stosów śmieci. w czasach big beatu i jazzu, a nie elektronicznej chujni.

Mamut, jeśli patrzysz tam z góry i przysłałaś mi tego psa, który leci na Marsa; błagam, zabierz ode mnie ten lęk i daj mi wypić za życie, ponieważ nie wiadomo co przyniesie lub zabierze Jutro’; ale tak długo jak tu jestem, chcę w tym uczestniczyć, bez skarg i żalu.. i niech wszystkie burze się wypogodzą… i właśnie skończyła mi się butelka.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy